Pokojowy Nobel dla Baracka Obamy tylko na pierwszy rzut oka wydaje się irracjonalny.
To nie jest - wbrew wielu komentarzom - nagroda na wyrost. To nie jest - wbrew opinii obrońców tej decyzji - nagroda za już zrealizowany "wkład w międzynarodowe odprężenie". To nawet nie jest, a przynajmniej nie tylko, ostatni prztyczek europejskich pięknoduchów wymierzony w nos George'a W. Busha.
To jest także gest w stronę Chin. Przypominam: całkiem niedawno Obama odmówił przyjęcia Dalajlamy, i był to pierwszy od 1991 roku przypadek, by wizyta tybetańskiego przywódcy w USA nie obejmowała audiencji w Białym Domu. Stany zapłaciły swoją cenę za współpracę Chin w kwestiach globalnych, głównie ekonomicznych. Być może transakcja obejmowała też wsparcie chińskich służb i chińskiej dyplomacji dla noblowskich aspiracji Obamy.
Przecież nie można było dać tej nagrody chińskiemu obrońcy praw człowieka... Po raz kolejny zresztą - unikano tego rozwiązania ze wszystkich sił. Chiny mają zbyt poważne argumenty i coraz dłuższe ręce. Także w Europie.


komentarze (5) skomentuj